Kobiety w obrazach Beaty Białeckiej są niczym posągowe boginie czy skupione orantki patrzące w otchłań innej rzeczywistości. Pełne spokoju, wewnętrznej pewności i siły emanują mocą i sensualnością pierwotnych przedstawień kobiecych i egzotycznych żeńskich bóstw. Więcej łączy je z Wielką Matką, dziką Kobietą – Ziemią niż eterycznym, subtelnym, dziewczęcym pięknem tradycyjnych maryjnych przedstawień. Boginie i idole, święte i orantki – cielesne, o pełnych, silnych i giętkich ciałach, mają w sobie coś ze świadomych swojej mocy dawnych personifikacji żeńskich energii czy szamanek, nieco demonicznych i władczych, lecz przecież nie okrutnych. Dawczynie życia i panie śmieci, kapłanki (nie jest zapewne przypadkiem, że kultura pozbawiła kobiety tej ważnej religijnej funkcji i związanej z nią władzy), duchowe matki i przewodniczki, świadome swej kreacyjnej siły, świadome mocy rodzenia, prezentują swoje ciała, często w pełni lub częściowo obnażone, jednak niekokieteryjne czy uwodzicielskie, niebędące obiektami erotycznego spojrzenia. To kobiecość dojrzała, a emanują nią nawet dziewczynki, żeńska pełnia i duma. Beata Białecka nadaje tworzonym przez siebie wizerunkom znaczenie uniwersalne, ujawniające pierwiastek żeński, psychiczny aspekt kobiecy. Dotyka źródeł żeńskości. Odradzania. Uzdrawiania. Pielęgnowania. Spokoju. Ziemskości. Namacalności. Materialności. Zamierania.
Do ostatnich swoich obrazów Beata Ewa Białecka wprowadza haft, przywołując tym gestem tradycyjnie kobiece rzemiosło, kojarzące się także, co nie jest bez znaczenia w kontekście podejmowanych przez artystkę wątków ikonograficznych, ze sztuką religijną. Odwołanie do domeny kobiecej twórczości poprzez zaszczepienie obrazom „żeńskich prac ręcznych” wzmacnia przekaz tej sztuki. Haftowane gorsety, zdobione koralikami i wyszywane motywy roślinne, to znaki sztuki dekoracyjnej, w której od wieków specjalizowały się nieznane z imion i nazwisk artystki. Wybrane przez Beatę Białecką czerwone róże jako kobiece stygmaty w przedstawieniu żeńskiej Zbawicielki, otwierają świat bogatej symboliki tego kwiatu, lecz przede wszystkim wzmacniają „obrazoburcze”, choć niepozbawione szczypty humoru, odczytanie chrześcijańskiego przedstawienia i chrześcijańskiej wizji dziejów. Jesteśmy w świecie żeńskiej historii zbawienia, w zapomnianej matrylinearnej gałęzi ludzkiego rodu, w pominiętej kobiecej części odwiecznego mitu o cierpieniu i odkupieniu.
Kobiece idole Beaty Ewy Białeckiej występują często parami, jakby w odbiciu, czy we wzmocnieniu, innym razem w kobiecej rodzinie, jak choćby w często podejmowanym przez artystkę motywie Anny Samotrzeć. To znaki siostrzeństwa, matrylinearnych więzi, tej genealogii z ciała, kobiecej solidarności i wspólnych doświadczeń, o których istnieniu nasza kultura zdaje się zapominać, wymazując kobiece linie z rodzinnych historii, skazując na zapomnienie poprzez pozbawienie nazwisk, przynależnego miejsca i dziedzictwa, odcinając do pokrewieństwa poprzedniczek. Eliminując żeńskie więzi ze świata, umożliwia dominację jego patriarchalnej części: żyjemy nie tylko na męski obraz zorganizowanym świecie, ale także w męskiej historii i w męskiej wizji religijności. Jest jeszcze jeden aspekt sztuki Beaty, na który chciałabym zwrócić uwagę – jej „ideowość” nie ma zaciśniętych ust i pięści, lecz podszyta jest subtelnym humorem, dystansem i wywrotowością. Nie walczy do krwi ostatniej. Stawia mądre pytania. Maluje mądre obrazy. Kobiece ikony.
Cenię malarstwo Beaty Białeckiej. Ono odważnie podejmuje dyskusję z jednostronną wizją świata, upomina się o zapomnianą, żeńską część. Ale nie jest to jedynie ideowa postawa. To kobiece „upominanie się”, ten szczególny rodzaj aktywizmu, dzieje się w przestrzeni malarstwa (patrząc wstecz historii sztuki – też wypełnionej dziełami i dziejami mężczyzn-malarzy), z poszanowaniem dla jego wartości, jakości, materii, warsztatu, motywów i przeszłości. To też postawa nieczęsta w sztuce.
Jestem Emmanuela Róża, córka Marii z Nazaretu, wnuczka Anny. Na dłoniach i stopach mam krwawiące rany. To stygmaty, jak mówi mama. Dziś jeszcze nie wiem, skąd się wzięły i dlaczego. Lecz dowiem się na pewno. Tak mogłaby się rozpocząć jedna z kobiecych historii… To ją opowiada malarstwo Beaty.
« Poprzednia strona