Staje przed odbiorcą obrazu w roli nieujarzmionej kapłanki jakiejś nieznanej religii, oczekuje czci należnej bóstwom, manifestuje się w swojej potędze, a potęga ta najprawdopodobniej czerpie swoje soki z kobiecości. Dobitnie wyraża to kolejna praca zatytułowana „Thank God I’m a Woman”. Hasło reklamowe urasta do rangi manifestu. Przy czym z pewnością to, co kobiece, nie jest w twórczości Białeckiej zbyt pospiesznie przełożone na kobiecość, kobiecość kobiety, seksualność kobiecą i inne esencjalizujące fetysze.
Kobiety w świecie obrazów Beaty Ewy Białeckiej – świadome siebie, pełniące rolę matek, lub młodzieńcze i dopiero oczekujące na podjęcie swojej odwiecznej roli. Większość z nich ma gładko uczesane włosy lub turbany na głowach; ukazują się nago, w bieliźnie lub w prostych sukniach. W każdym z płócien dochodzi do zetknięcia dwóch obszarów – współczesności oraz sfery wyjętej z chronologii, jakby pozaczasowej, której obecność przywołują nawiązania do dawnego malarstwa oraz niejednoznaczności wpisane w struktury poszczególnych obrazów. Postaciom często towarzyszą banderole przypominające średniowieczną tradycję, ale w tym przypadku na owych banderolach pojawiają się nazwy firm, hasła reklamowe i marki odzieżowe, osadzające ukazane sceny w początkach XXI wieku, tu i teraz. Do średniowiecza nawiązują również maleńkie nagie postaci, które często w obrazach Białeckiej asystują przedstawionym sylwetkom kobiet i dzieci – w wiekach średnich w taki właśnie sposób uzmysławiano obecność duszy opuszczającej ciało. W wersji autorki „Dwóch mam” i „Nawiedzenia” owe drobne figurki, niezależne od grawitacji i unoszące się swobodnie w przestrzeni wewnątrzobrazowej, wprowadzają do obrazów sugestię istnienia innego świata, który dzieje się czy toczy się gdzieś w tle codzienności, gdzieś blisko i daleko zarazem. Dzięki ich obecności rola kobiety staje się nieledwie archetypowa, uświęcona, a nie tylko cielesna i osadzona w fizyczności ciała.
Malarstwo Beaty Ewy Białeckiej proponuje więc niezwykle ciekawe połączenie współczesności i tradycji, ogniskując uwagę na świecie kobiety. Atutem prac jest precyzyjna konstrukcja każdego kadru i wyważenie wewnątrzobrazowych relacji, a także wieloznaczność przedstawianych scen, pojawiająca się dzięki umiejętności snucia „opowieści” w języku malarstwa, w oparciu o rezerwuar jego wizualnych środków, gdzie każdy element znaczy i „symbolizuje” dzięki wyśmienitemu zaistnieniu w obrazie, w sąsiedztwie innych motywów – z nimi i wobec nich. Stąd sensy rodzą się na bazie tego, co – tak, a nie inaczej – namalowane; poszczególny detal działa więc zarówno w sferze wizualnej, jak i semantycznej, dzięki czemu obrazy są spójne i dobitnie ukazują, w jaki sposób treść immanentnie zawiera się w formie. Białeckiej udaje się powołać do życia charakterystyczny i rozpoznawalny na pierwszy rzut oka język obrazowania, który cechuje się świetnie rozegranym dialogiem między współczesnością a tradycją, trafionym i przekonującym doborem tematów oraz ciekawym warsztatem malarskim. Znakiem rozpoznawczym owego malarskiego warsztatu jest między innymi „przeświecanie” rysunku ołówkiem spod warstwy farby, co potęguje efekt bryłowatości sylwetek i nadaje im optycznej wagi mimo zasadniczej, wręcz manifestacyjnej płaskości nakładania koloru.
Asceza kolorystyczna wiedzie natomiast ku wyeksponowaniu formy, ku wydobyciu i zaakcentowaniu kobiecych sylwetek, ich bryłowatości oraz zwartej cielesności mocno odciętej od otoczenia. Radykalne „odchudzenie” palety owocuje swego rodzaju „oczyszczeniem” obrazów z wszelkiego rodzaju elementów mogących uchodzić za zbędne, za naddane. W każdym płótnie koncepcja rozgrywa się w oparciu o aspekty konieczne i nic ponad nie. Ciała bohaterek przedstawień skupiają na sobie uwagę jak w soczewce, nie mają żadnej konkurencji – władają kadrami niepodzielnie, surowe w swoich szarościach, zakreślone konturem i szalenie mocne. Obrazowa anegdota sprowadza się do niezwykle lakonicznej formy, spotęgowanej ubogim – ale jakże przez to wymownym – zestawem kolorystycznym. Dochodzi do specyficznej kondensacji struktury wizualnej, jej esencjonalizacji. Płótna działają niczym ekstrakty o wysokim stężeniu. Można by powiedzieć – odwołując się do świata reklamy i współczesnej ikonosfery – są jak produkty instant, oferujące wyjątkowe nasycenie i gęstość, w tym wypadku gęstość przekazu. Powściągliwość i wstrzemięźliwość na polu kolorystycznym generuje wszak okoliczności, w których przesłania poszczególnych prac tym wyraziściej się rysują, „wypływając” z formy bezapelacyjnie grającej pierwsze skrzypce. Nic nie rozprasza uwagi, nic nie odciąga od „trzonu” semantycznego płócien i zawartej w nich interpretacji kobiecości.
W malarstwie Beaty Ewy Białeckiej dokonuje się ciekawy dialog z figuracją, współczesnością i tradycyjną ikonografią, a także z potencjałem pola obrazowego i możliwościami wyzyskania jego newralgicznych obszarów dla zbudowania stricte malarskiej narracji, konstruowanej relatywnie ascetyczną kolorystyką oraz kontrastami wielkości form. Wszystkie te czynniki pozostają ze sobą w napięciu, dzięki czemu intrygują siłą oddziaływania, wieloznacznością oraz wyrazistością i oryginalnością wykreowanej wizji. Spotkania z płótnami Białeckiej generują poczucie oczekiwania na kolejne mieszkanki tego osobliwego świata, które zaludnią następne obrazy, i – z analogiczną pewnością siebie jak ich poprzedniczki – uruchomią często subwersywne i niepokojące znaczenia, uwalniające się na pograniczu ikonosfery współczesności, demontażu stereotypowych ról płciowych i uświęconej od wieków ikonografii religijnej. Malarstwo Białeckiej, które nazwałabym kobieco ekstatycznym, uzmysławia, że [t]ym, co naprawdę nie pozwala się wziąć, jest t o, c o k o b i e c e.
« Poprzednia strona